Dziennikarz: 6 sierpnia 2025 roku odbyło się w polskim parlamencie zaprzysiężenie prezydenta Karola Nawrockiego. Jak Pan ocenia to wydarzenie i samo przemówienie prezydenta?
Zbigniew Sosnowski: Samo wystąpienie było z jednej strony ciekawe, ale w mojej ocenie dość konfrontacyjne. A ja należę do tych polityków, którzy uważają, że prezydent powinien szukać tego, co łączy, a nie tego, co dzieli. Głowa państwa powinna budować w Polsce zgodę. Niestety tego w przemówieniu prezydenta Nawrockiego nie zauważyłem.
Dziennikarz: Czego Pana zdaniem najbardziej zabrakło w tym przemówieniu?
Zbigniew Sosnowski: Dwie rzeczy rzuciły mi się w oczy. Po pierwsze – pan prezydent ani słowem nie zwrócił się do rolników. To pokazuje, że ich sprawy są mu raczej obce. Owszem, później zorganizowano konferencję w Zachodniopomorskiem, ale moim zdaniem była to odpowiedź na krytykę ze strony PSL.
Po drugie – całkowicie zabrakło odniesienia do samorządności. A przecież po 1990 roku Polacy uwierzyli, że „Polska samorządem stoi”. Niezależnie od barw politycznych ludzie dobrze oceniają pracę samorządów i sposób, w jaki gospodarują publicznymi pieniędzmi. Brak tego tematu świadczy o centralistycznym spojrzeniu pana prezydenta na państwo.
Dziennikarz: Prezydent mówił jednak o potrzebie nowej konstytucji. Jak Pan odczytuje ten wątek?
Zbigniew Sosnowski: Tak, pan prezydent jasno zasygnalizował, że chciałby nowej ustawy zasadniczej. Ale jednocześnie dał do zrozumienia, że oczekuje znacznego wzmocnienia swoich uprawnień. To niepokojące. Przypomnę: w Polsce mamy system parlamentarno-gabinetowy, w którym główny ciężar rządzenia spoczywa na parlamencie i rządzie z premierem na czele. Tymczasem pan prezydent sugeruje model amerykański – system prezydencki, w którym to on powoływałby rząd i brał odpowiedzialność za całe państwo. Dla mnie to nie do przyjęcia. Europa od wieków opiera się na systemie parlamentarno-gabinetowym i nie ma powodu, by to zmieniać.
Dziennikarz: Wspomniał Pan także o ostatnich wydarzeniach międzynarodowych – konkretnie o spotkaniu w Waszyngtonie. Jak Pan je ocenia?
Zbigniew Sosnowski: To była sytuacja, która mnie bardzo zaniepokoiła. W czasie rozmów z prezydentem USA i liderami Unii Europejskiej miał uczestniczyć premier Donald Tusk. W pewnym momencie okazało się jednak, że gospodarze oczekują obecności prezydenta Nawrockiego. Podczas telekonferencji liderów europejskich z Trumpem, na której przedstawiano europejskie stanowisko, nasz kraj reprezentował prezydent. Ale już w rozmowach w Waszyngtonie udział brało kilkudziesięciu światowych liderów, z polskiej strony nie było nikogo. Moim zdaniem Polska została tu ograna przez urzędników pana prezydenta. Prezydent powinien być obecny w Waszyngtonie, a nie wchodzić na scenę w połowie rozmów. Najbardziej bolesne jest to, że w tym sporze nie przegrali ani premier, ani prezydent. Przegrała Polska i Polacy.
Dziennikarz: Wracając do dnia zaprzysiężenia – co Pan sądzi o uroczystości przejęcia zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi RP?
Zbigniew Sosnowski: To był smutny obrazek. Gdy przemawiał wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz, rozległy się gwizdy i buczenie ze strony zwolenników PiS i zwolenników pana prezydenta. Głowa państwa powinna odnieść się do takich zachowań, potępić je. Niestety pan prezydent przeszedł obok tego obojętnie. To znaczy, że nie chce reprezentować wszystkich Polaków, tylko dalej stoi po stronie tych, którzy chcą naród polski dzielić.
Dziennikarz: Co z tego wszystkiego wynika dla Polski?
Zbigniew Sosnowski: Przestrzegam: tam, gdzie są podziały, kłótnie i awantury, tam jest słabość i upadek. Prezydent miał być tym, który jednoczy. A dziś widzę ton konfrontacyjny, nie pojednawczy. Dlatego apeluję: opamiętajmy się, zanim będzie za późno.
Dziennikarz: Dziękuję za rozmowę.












