Decyzja prezydenta o zawetowaniu ustawy mającej obniżyć ceny energii to zimny prysznic dla tych, którzy liczyli na realny impuls w stronę transformacji energetycznej. Zamiast zielonego światła dla tańszej energii z OZE, Polacy otrzymali kolejną porcję niepewności i wyższych kosztów.
Minister Energii Miłosz Motyka podczas briefingu 22 sierpnia nie pozostawił wątpliwości: weto oznacza zahamowanie inwestycji, wydłużenie transformacji i jeszcze większą zależność od węgla oraz gazu. – To decyzja, która oddala nas od nowoczesnej energetyki i stabilnych cen prądu – podkreślał.
Minister podziękował także samorządom za wsparcie i apele do prezydenta o podpisanie ustawy. Dodał, że dzięki planowanemu funduszowi partycypacyjnemu mieszkańcy gmin z turbinami mogliby zarabiać nawet 100 tys. zł rocznie z jednej instalacji. To konkretne pieniądze, które mogłyby zasilać lokalne budżety i poprawiać jakość życia. Ale również ten element wylądował w koszu wraz z podpisem prezydenta pod wetem.
W czasach, gdy europejskie rynki pokazują, że tam, gdzie miks oparty jest na odnawialnych źródłach, energia staje się tańsza i bardziej przewidywalna, Polska wciąż trzyma się kurczowo przeszłości. Zawetowana ustawa otwierała drogę do odblokowania potencjału lądowej energetyki wiatrowej, a więc najtańszego źródła prądu.
Według analiz Narodowego Centrum Analiz Energetycznych każdy dodatkowy 1 GW mocy wiatrowej to spadek cen energii o 10–20 zł/MWh. Dla przeciętnego odbiorcy oznacza to realne oszczędności na rachunkach. Zamiast tego – stagnacja i kolejne lata opóźnień.
Twarde dane przedstawił wiceprezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych Konrad Purchała. Z jego wyliczeń wynika, że już w 2026 roku dodatkowy 1 GW mocy wiatrowej mógłby obniżyć koszty produkcji energii o 5 proc., a 4 GW – aż o 16 proc. To liczby, które trudno zignorować.
A jednak właśnie to się wydarzyło – ignorancja wygrała z rachunkiem ekonomicznym. Zamiast inwestycji w przyszłość mamy polityczne weto, które Polacy odczują w portfelach. Bo ostatecznie to nie rządzący, lecz obywatele płacą rachunki za prąd i za błędne decyzje polityczne.












